Pozwolę sobie skłonić Was do krótkiej podróży w lata dwudzieste ubiegłego wieku, czasu opanowanego przez cekiny, pióra, art deco i kryzys ekonomiczny. Zanim jednak przykryjemy starannie zaczesane włosy melonikiem i udamy się na codzienny spacer po najnowszy numer New York Times, zmieńmy nieco miejsce akcji od kojarzonego z tym okresem centrum świata. Tego poranka nie znajdujemy się w nowojorskim kinie, nie przechadzamy się też pełnymi kafejek ulicami, nie słyszymy nawet jazzu. Palące słońce i duszące, wilgotne powietrze nakazują nam ściągnąć letnią marynarkę. Mimo słyszanego tu i ówdzie francuskiego, od Paryża oddziela nas niemal dziesięć tysięcy kilometrów, a znak na bitej drodze ‘Wita w Sajgonie’. Cel naszej podróży leży o sto kilometrów dalej, w mieście Tay Ninh, gdzie w 1921 roku rzekome Boskie Oko, przyszły symbol religijny, ukaże się pewnemu urzędnikowi.
Na moment przed znaczną popularyzacją ruchów niepodległościowych, objęte europejską kolonizacją Indochiny Francuskie poznały namiastkę nowej religii, której poszczególne założenia mogą brzmieć znajomo zarówno dla muzułmanów jak i buddystów, protestantów, wyznawców taoizmu oraz kilku innych nurtów. Wchodzimy przez strzeżone przez portrety intelektualistów wrota, za którymi barwna świątynia odsłania przed nami ołtarz, na którym najspokojniej w świecie w błogiej modlitwie łączą się Jezus, Konfucjusz i Budda. Kaodaizm, ponieważ o nim właśnie mowa, jest bowiem religią niezwykle uniwersalną, która mimo wiary we własnego boga Cao Dai czerpie nauki od myślicieli i proroków innych wyznań. Nie podważa prawdziwości poprzednich wierzeń, lecz jednoczy wszystkie te myśli tworząc z nich nową drogę do zbawienia. Ich wierni utrzymują, że religie pochodzą z tego samego źródła oraz posiadają tę samą etykę opartą na miłości i sprawiedliwości, jednak judaizm jest pąkiem, chrześcijaństwo kwiatem, a dopiero kaodaizm owocem wiary i najwyższym etapem objawienia. Wyznawcy kaodaizmu ściśle przestrzegają diety wolnej od mięsa, podają się za pacyfistów i uznają bezwzględną równość płci. Wierzą w karmę, piekło, niebo oraz wędrówkę dusz mającą po etapach reinkarnacji doprowadzić ją do ostatecznego zbawienia. Nie wykluczają filozofii świeckich, lecz wspierają ich rozwój i tak jak z religii, również z nich czerpią inspiracje i wynoszą wartości intelektualne. Mimo tych pięknie brzmiących idei, nowa religia nie została radośnie powitana przez władze francuskie i już w 1928 roku zakazano budowy nowych świątyń, dopuszczono do prześladowań jej wyznawców, aby w 1941 roku oficjalnie wygnać ich ze świętego miasta przy skromnej pomocy karabinów. Sytuacja mimo groźnego wydźwięku nie była jednak nad wyraz kasandryczna, gdyż na szczęście dla wiernych wojsko francuskie zamiast starannego pilnowania fanatyków religijnych w kolonii, wolało błogą i może nawet nieco podejrzaną sielankę na Linii Maginota. Nurt stał się na tyle uniwersalny, że pomimo represji szybko zyskał popularność i poparcie o tyle duże, aby do końca II wojny światowej ponad 80% miasta Tay Ninh podawało się za wiernych jego naukom. Liczne ugrupowania kaodaistów wyzwoliły znaczną część miasta z rąk francuskich zaborców. Przyszłe lata, wnoszące na teren kraju nową ideologię komunistyczną okazały się jednak znacznie bardziej surowe, niż osłabieni wojną Francuzi (ah, czyżby niespodzianka?) - wielkie czystki, aresztowania i łagry nie są nam przecież obce. Kres prześladowaniom położył dopiero rok 1997.
Choć historia faktycznego kaodaizmu nie jest zbyt długa, religia ma wiele ciekawych cech. Jak zostało to uprzednio wspomniane łączy ona wiele zapożyczonych elementów, wobec czego w istocie sięga czasów starożytnych. Zanim jednak przejdziemy do meritum sprawy warto wspomnieć o ogólnej strukturze wyznania, gdyż najbardziej podstawowe założenia są już ujawnione. Pod tym względem kaodaizm został zbudowany na fundamencie kościoła chrześcijańskiego, tak więc pojawiają się w nim święci, księża, a najwyższe stanowisko obejmowane jest przez papieża, mianowanego niezależnie od Watykanu. Przypisywanie cech podobnych nie jest jednak celem naszej podróży do Wietnamu, kiedy mówić można o niezliczonych, zupełnie odmiennych zwyczajach i tradycjach. Za każdą chwilą zagłębiania się w Kaodaizm robi się tylko i wyłącznie ciekawiej.
Świątynia Cao Dai, gdyż takie właśnie imię przybiera bóg, pełna jest jasnych, jaskrawych barw i już na wstępie onieśmiela fantazyjnymi malunkami w stylu wschodnio-azjatyckim, smoków i symboli yin-yang. W niczym nie przypomina wzniosłych katedr, a naturalna, swobodna atmosfera budzi wyłącznie ciepłe uczucia zachęcające nas do dalszego zgłębiania. Do środka istotnie warto jest zajrzeć, chociażby dla hucznego spektaklu, jakim jest tutejsze nabożeństwo pełne muzyki, rytmicznych kroków tanecznych i przepełnionych natchnieniem modlitw, a wszystko to odprawiane przez równie radośnie odzianych duchownych. Całość bez tajemnic ukazywana jest zainteresowanym turystom, gdyż kaodaiści nie mają najmniejszego problemu z dzieleniem się własnymi naukami, a wręcz czerpią radość z poświęcanej ich religii uwagi. Niegdyś praktykowane były również seanse spirytystyczne związane z wiarą w nieśmiertelną duszę, jednak tak jak wszystkie podobne praktyki, zostały one zakazane.
Po mszy, gdy uwaga zwiedzającego może skupić się na świątyni, poza intrygującym Ołtarzem Głównym warto zwrócić uwagę na świętych, stanowiących prawdopodobnie najbardziej fascynujący element naszego egzotycznego wyznania. Jak, według wiary kaodaistów, można zasłużyć na to piękne miano i wieczne zbawienie? Czy wystarczy być człowiekiem niezwykle pobożnym, głosić wiarę, wyrzec się rodzinnego majątku lub za miliony cierpieć katusze? Nic bardziej mylnego, gdyż świętym uznanym przez kaodaizm mógłby zostać potencjalnie każdy, bez względu na urodzenie, wyznanie czy cudowne nawrócenia na prawdziwą wiarę. Wyznawcy tej religii cenią sobie przede wszystkim bogactwa filozoficzne i wewnętrzne, a ponieważ nie zaprzeczają słuszności innych wyznań, nie ma ono znaczenia tak długo, jak świat zyskuje wartości intelektualne wprowadzane do niego przez poszczególną osobę. Dzięki tym kryteriom elitarne grono wielkich natchnionych nie obejmuje jedynie duchownych, lecz daje szansę każdemu. Cały panteon, mimo rozrzutności prezentuje się niesamowicie ciekawie. Jest to miejsce, w którym otoczony aureolą Thomas Jefferson z dumą podaje rękę promiennej i radosnej Marii Skłodowskiej-Curie. Co więcej, spotykamy również Charlie’go Chaplina, Juliusza Cezara, Marka Twaina, Mahometa, Tołstoja, Lenina, Napoleona, Joannę D’Arc, Shakespeare’a oraz Churchilla, a lista ciągnie się dalej przez niezliczone karty historii, nie ograniczając się wyłącznie do świata zachodniego. Mimo ogromu wielkich postaci głównych, świętych jest jednak raptem trzech - strzegą oni wrót największej świątyni. Swoista trójca składa się więc z Nguyễn Bỉnh Khiêm’a, Sun Yat-Sena oraz… Victora Hugo. Co więcej, Natchnieni, dzielący się ze światem mocą duchową bądź intelektualną, nie zostali nigdy zatrzymani za grobem wraz z momentem śmierci ich ciał, a ich dusze zachowują stały kontakt z wiernymi, a przynajmniej taka wersja zdarzeń utrzymywana jest przez kaodaistów. Możemy więc tylko wyobrazić sobie duszę Hugo, przemierzającą barwne świątynie Wietnamu, aby podzieliła się z nami dwudziestym rozdziałem o bitwie pod Waterloo. Natchnieni są więc przedstawieni jako istoty zupełnie ludzkie, lecz godne czci ze względu na swoje niesamowite aspekty intelektualne i zasługi. Nie są siejącymi postrach bóstwami, lecz swoistą inspiracją nie mającą oporów w kwestii rozmów z wiernymi.
Mimo skomplikowanych początków i ograniczeń spowodowanych komunistycznym, antyreligijnym reżimem, kaodaizm jest dziś jedną z trzech kluczowych religii w kraju, a symbol Lewego Oka Boga spotkamy w wielu miejscach na ziemi, jeśli tylko dobrze się przyjrzymy. Ilość wyznawców szacuje się na od trzech do sześciu milionów, nie spotyka się też otwartych aktów ich prześladowania.
L'artiste Libre

0 Komentarze